BRAK WENY

Today a short note in Polish. The title means “a lack of inspiration”, so you’re not missing much.

* * *

Jakim cudem byłam kiedykolwiek w stanie cokolwiek napisać? Chyba naprawdę zawdzięczam swoją nastoletnią, fragmentaryczną twórczość czasom bez smartfonów i Google Doc. Serio nie wierzę, że przychodziłam do domu, czytałam książkę (!), oglądałam film na DVD (!! – kupiony w jednym ze “sklepów z dodatkami do gazet” w dawnych, brudnych przejściach pod Centralnym) i wreszcie zasiadałam do kawałka literatury, co prawda konsultując go ze znajomymi na FB czacie, ale jednak, całkiem często, pisząc (!!!). Czyżby udzielało mi się warszawskie, tanie, pretensjonalne kulturalne powietrze? Pamiętam te dwa czy trzy miesiące, gdy po obejrzeniu Dogs in Space na WFF odkryłam, poprzez Nicka Cave’a, industrial. (Do dzisiaj przy codziennej toalecie myślę o moim pierwszym razie z lakierem do włosów – kiedy to “””natapirowałam””” je szerokim grzebieniem i pokryłam grubą warstwą produktu, próbując osiągnąć casualowy odpowiednik heroine chic Blixy Bargelda.) Każdy dzień przynosił nowe teksty, nową muzykę, nowe próby czytania szczęśliwie niepopularnego szajsu typu Althusser. Może to nie Warszawa – może to moje liceum, nauka w którym sprowadzała się do czytania w kącie klasy i bycia powoli urabianym do palenia papierosów przez większość ludzi, z którymi chciałam rozmawiać na przerwach. Dopiero znacznie późniejszy idiotyczny wybryk, tj. zapisanie się na skostniałe intelektualnie studia magisterskie oparte na teorii gier i statystyce, pozwolił mi zrozumieć stres moich licealnych przyjaciół przejmujących się ocenami. Sama pamiętam głównie okresy “przygotowywania się do olimpiady”, tj. czytania Trockiego i Byrona po kawiarniach, spotykania się ze znajomymi i chodzenia do kina, plus od czasu do czasu pisania. Im dłużej o tym myślę, tym mniej dziwi mnie fakt, że pisałam, bo te lata były tak naprawdę przypadkowymi, lecz wybitnymi warsztatami artystycznymi w środku życia, z rzadka przerywanymi ściąganiem na poprawkach z chemii.

Nie wiedząc, na co się piszę (!), opuściłam ten ~płodny kontekst i przez pierwszy rok za granicą łagodziłam różnego pochodzenia nerwowe nastroje popkulturową papką typu Big Bang Theory. Praktycznie pięć lat, różnego rodzaju wzloty  i upadki były mi potrzebne do odtworzenia względnego poczucia bezpieczeństwa znanego z rodzinnego domu. Wszystko pięknie, poza tym, że teraz całe to bezpieczeństwo – od finansów po pleśń w łazience – spoczywa w moich własnych rękach. I w tym momencie siadam przed pustym ekranem, z wątłym pomysłem na historię (bo ta część mojego mózgu jeszcze nie zginęła), i nie mogę napisać ani słowa. Możliwe, że zapomniałam, jak to się robi – możliwe, że jedyna forma pisania nadal mi dostępna to bezkształtna autobiograficzna notka. Może powinnam zostać vlogerką, wypromować zespół, programować aplikacje. Nie przeczytałam porządnej książki od tak dawna, że doprawdy mam większe rozeznanie w recenzjach kosmetyków na youtubie.

Kiedy wyjeżdżałam na Zachód, wzięłam ze sobą “Dialektykę oświecenia” (i wybór poezji Czechowicza, który to jednak z właściwą intuicją zwróciłam do Polski następnego lata). Byłam przekonana, że poprzez studia i dalszy rozwój kulturowy będę w stanie zrozumieć tego typu teksty w głębszy sposób. (Pomińmy mój obecny osąd nt. “głębi” “Dialektyki oświecenia”.) Tymczasem prawdopodobnie rozumiem je dużo gorzej niż pięć lat temu; prawdopodobnie nie byłabym w stanie przeczytać więcej niż dwóch stron. Nie zrozumcie mnie źle, nauczyłam się bardzo dużo. Ale była to innego rodzaju edukacja. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się to wszystko opisać.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s